Wojowniczą politykę zagraniczną prezydenta Donalda Trumpa można zrozumieć przez pryzmat jego „obraźliwych, impulsywnych narcystycznych relacji z kobietami" – twierdzi zastępca redaktora naczelnego wpływowego waszyngtońskiego magazynu.
Opisując oświadczenie Trumpa z zeszłego tygodnia, że planuje „przejąć Kubę w jakiejś formie", ponieważ „może z nią zrobić, co tylko zechce", Gillen Tener Martin, zastępca redaktora naczelnego Washington Monthly, napisał w niedzielnym felietonie, że „megalomania Trumpa wciąż rośnie, ponieważ tak rzadko ponosi za nią karę".
Od wygrania wyborów prezydenckich w 2016 roku pomimo wycieku taśmy „Access Hollywood" (na której chwalił się molestowaniem seksualnym kobiet) po reelekcję w 2024 roku, mimo że sąd cywilny uznał go odpowiedzialnym za napaść seksualną na E. Jean Carroll, Trump nauczył się, że może bezkarnie krzywdzić innych – i przekłada się to na jego decyzje polityczne.
„Ale oczywiście «mogę robić, co chcę» to nie tylko sposób działania Trumpa wobec kobiet" – napisał Martin. „To jego mantra – sposób, w jaki porusza się przez życie: egoistycznie, chaotycznie, bez zastanowienia i bez oczekiwania konsekwencji. I widzieliśmy, jak to przekłada się na politykę; od ceł po szczepionki, po DOGE, od Minneapolis po Wenezuelę i Iran".
Martin dodał: „Okazuje się, że jeśli jesteś obraźliwym, impulsywnym narcyzem w relacjach z kobietami, zwykle jesteś nim również w innych sferach życia. Kto by pomyślał?"
Dobra wiadomość dla przeciwników Trumpa jest taka, że postawa niepokonaności Trumpa nie przekłada się na faktyczną niepokonalność – zauważył Martin. Nie udało mu się znieść Obamacare, opanować pandemii COVID-19, ukraść wyborów prezydenckich w 2020 roku ani przekonać byłych sojuszników Ameryki do poparcia jego lekkomyślnej operacji wojskowej w Iranie.
„Nawet militarne supermocarstwo potrzebuje sojuszników w wojnie, a sojuszników trudno znaleźć, gdy wojna jest prowadzona na fałszywych podstawach, bez dyplomatycznego rozwiązania" – podsumował Martin w odniesieniu do ostatniego punktu. „W innych okolicznościach zmuszenie prezydenta do zmierzenia się z konsekwencjami jego działań mogłoby przynieść pocieszenie – a nawet radość – niektórym. Niestety, reperkusje tego bałaganu dotkną nas wszystkich".
Niepokój Martina o możliwą inwazję USA na Kubę wynika z niedawnej obsesji Trumpa na punkcie karaibskiego państwa wyspiarskiego. Sekretarz stanu Marco Rubio, którego rodzice są kubańskimi imigrantami i który jest zdecydowanym przeciwnikiem długoletniego komunistycznego reżimu tego kraju, od dawna wzywa do demokratyzacji wyspy.
„Realizuje bardzo osobisty i skorumpowany program, który wydaje się poświęcać interesy narodowe USA w celu promowania tego skrajnie ekstremistycznego podejścia" – powiedział AP w październiku minister spraw zagranicznych Bruno Rodríguez Parrilla o Rubio.
W odpowiedzi na kolejne groźby Trumpa w styczniu, prezydent Kuby Miguel Diaz-Canel powiedział Reutersowi, że „Kuba jest wolnym, niezależnym i suwerennym narodem. Nikt nie dyktuje nam, co mamy robić. Kuba nie atakuje; była atakowana przez USA przez 66 lat i nie grozi; przygotowuje się, gotowa bronić ojczyzny do ostatniej kropli krwi".


